George Friedrich Haendel, Giulio Cesare in Egitto, HWV 17
Wykonanie koncertowe
23 lutego 2026
Filharmonia Narodowa, Warszawa 
Wykonawcy
Giulio Cesare – Jakub Józef Orliński (kontratenor)
Cleopatra – Sabine Devieilhe (sopran)
Tolomeo – Yuriy Mynenko (kontratenor)
Cornelia – Beth Taylor (mezzosopran)
Sesto – Rebecca Leggett (mezzosopran)
Achilla – Alex Rosen (bas)
Curio – Marco Saccardin (baryton)
Nireno – Rémy Brès-Feuillet (kontratenor)
Il Pomo d’Oro, dyr. Francesco Corti
No i doczekaliśmy się w Warszawie wydarzenia operowego na europejskim poziomie – z koncertową wersją Giulio Cesare in Egitto przyjechała do Filharmonii Narodowej orkiestra Il Pomo d’Oro i całkiem zacne grono solistów. Przygotowano operę „przewoźną” – nie przygotowano spektaklu, lecz wykonawcy podróżują z tym koncertem po najlepszych europejskich salach koncertowych. To, że na ich trasie znalazła się Warszawa, zawdzięczamy prawdopodobnie wykonawcy partii tytułowej, czyli Jakubowi Józefowi Orlińskiemu, bo raczej nie fatalnej akustyce stołecznej filharmonii.
Giulio Cesare jest operą bardzo popularną i stosunkowo często grywaną, np. w ubiegłym roku mieliśmy całkiem udaną premierę w Warszawskiej Operze Kameralnej i to w dwóch obsadach. Jest też wspaniałym polem popisu i instrumentalistów, i oczywiście solistów, z których każdy, nawet w roli drugoplanowej, ma swoją przebojową arię. Kilka z tych arii należy zresztą do żelaznego repertuaru barokowych przebojów, żeby wspomnieć choćby o Piangero la sorte mia bądź duecie Son nata per lagrimar.

Wykonawcy zebrani do tego projektu to znane i uznane nazwiska. Jakub Józef Orliński to przecież nasz kontratenor eksportowy, popularny „w świecie” i wciąż się rozwijający. Nawet sceptycy doceniają jego wciąż rosnące umiejętności, a niełatwą przecież partię Cezara wykonał całkiem udatnie, i to zarówno arie di bravura (Empio, dirò, tu sei, Da tempeste il legno infranto), jak i liryczne, w których zresztą czuje się zdecydowanie lepiej (Aure, deh, per pieta), no i trzeba też wspomnieć oczywiście popisową arię myśliwską (Va tacito e nascosto). Partnerowała mu francuska sopranistka Sabine Devieilhe, pamiętna Bellezza z inscenizacji Haendlowskiego Trionfo del Tempo e del Disinganno, którą w Aix-en-Provance wyreżyserował Warlikowski. Miałam więc duże oczekiwania i w zasadzie się one spełniły – Devieilhe ma wspaniały sopranowy głos o ogromnej skali, jest też utalentowana aktorsko, czemu dała wyraz podczas warszawskiego koncertu. Kobieca i kokieteryjna w V’adoro pupille, rozdzierająca w Piangero la sorte mia. Czyli dokładnie tak, jak należy.
Jako Tolomeo wystąpił Yuriy Mynenko i choć niczego mu zarzucić nie sposób (ma świetną technikę i znaczne możliwości głosowe), jednak dużo lepiej prezentował się jako Cezar we wspomnianej już inscenizacji w WOK. Zbyt spokojny, jak na histerycznego psychopatę?

Objawieniem była natomiast szkocka mezzospranistka Beth Taylor w roli Cornelii. Zwracała uwagę fantastycznym, głębokim i niezwykle sugestywnym głosem i nadała partii Cornelii nutę prawdziwego tragizmu. A słynny duet Son nata per lagrimar z końca drugiego aktu, wykonany wespół z interpretującą partię Sesta Rebeccą Leggett, był absolutnie mistrzowski. Dla porządku wspomnieć też należy Achilla w wykonaniu Alexą Rosena, Curia w interpretacji Marca Saccardina i Nirena, w którego wcielał się Rémy Brès-Feuillet – każdy z nich na wybitnym poziomie w swojej roli.
Osobny akapit pochwał dla orkiestry prowadzonej przez Francesca Cortiego, znakomitej w każdym calu, również w instrumentach solo towarzyszących solistom. I jedynym mankamentem była ta nieszczęsna akustyka. Koncert był rejestrowany i orkiestra grała niestety zbyt subtelnie jak na salę naszej filharmonii. Pierwszą część przesiedziałam w szesnastym rządzie i naprawdę musiałam wytężać słuch. Po przerwie przesiadłam się do dziewiątego i było już dużo lepiej, ale i tak nie dość jak na cenę biletu, której zażądała ode mnie filharmonia. Dodatkową łyżką dziegciu było też zalecenie, by w związku z nagraniem nie klaskać po ariach. A niekiedy ręce aż się składały do oklasków. A zamiast spontanicznych reakcji publiczności, mieliśmy atmosferę z konkursu chopinowskiego z szuraniem i kasłaniem w przerwach pomiędzy poszczególnymi scenami. Było to tak sprzeczne z powszechnym zwyczajem interakcji pomiędzy artystami i słuchaczami, która często buduje atmosferę wydarzenia. Reakcja publiczności jest przecież wpisana „od zawsze” w operę barokową, stanowi konieczny wentyl dla gęstniejących emocji. Tu mieliśmy dopiero stojącą owację na koniec, która w żaden sposób tej interakcji nie zastąpi. Nie wiem, jak było w środę, być może bardziej spontanicznie, ale wspomniana wyżej cena biletu nie pozwoliła mi niestety na uczestniczenie w obu koncertach. Czego oczywiście żałuję.














